Xiaomi Band 4

Przed moimi dłuższymi wyjazdami rowerowymi potrzebowałem zegarka, który będzie miał dobre podświetlenie w nocy. O mało co nie kupiłem Timexa z indiglo, potem jednak przyszła mi na myśl jakaś opaska fit. No i nie mogłem chyba lepiej zgrać się czasowo, bo właśnie wchodził następca jednego z najbardziej popularnych modeli. I kupiłem. I jestem zadowolony bo:

-trzyma ponad dwa tygodnie przy intensywnym użytkowaniu

-bo jest nieczuła na wodę

-ma dobre podświetlenie, a w pełnym słońcu wystarczające

-jest tak poręczna, że zapominam o niej na nadgarstku. Przypominam sobie tylko po zamoczeniu, bo woda samoistnie nie chce uciec spod paska 😉

-krokomierz działa, wykrywanie dyscyplin sportu jak rower nie

-jest problem żeby zadziałały powiadomienia na iPhone – działa przy dzwoniącym telefonie i powiadomieniach z aplikacji, nie działają powiadomienia o smsach i mailach

-świetne jest automatyczne odblokowywanie przy podnoszącym rękę ruchu, ale tylko w określonych przez użytkownika godzinach

-tak samo godzinowo da się określić, kiedy podświetlenie ekranu ma być słabe – tak normalnie mam ustawione na maksa

Ogólnie sprzęcik fajny, poręczny, ale braki w powiadomieniach robią rysę na dobrym wizerunku. Lepiej było z tym przed aktualizacją do iOS 13, teraz nie potrafią sobie z tym poradzić.

Powrót za mną

Tak naprawdę to myślałem, że z gór wrócę jakimś mechanicznym środkiem transportu. Na koniec został pociąg, ale nie bardzo pasowały mi jego godziny przyjazdu do Wwy. No i stanęło znów na rowerze i znów z Mielca. Takie 230km to dla mnie idealny dystans teraz, żeby zmęczyć się, ale nie zarżnąć. I jak pomyślałem tak zrobiłem. Dojechałem w półtora dnia – wyjazd o 8mej z Mielca, w domu następnego dnia o 10. W nocy zaliczyłem brak snu, więc zabrakło nocnej regeneracji, bo 2 godziny drzemki to za mało.

Parę wniosków po powrocie:

  1. Przegrzałem tylną tarczę, prawdopodobnie w górach, stąd pomysł na kolejny upgrade hamulców. Przyszły nowe tarcze z IceTech i metaliczne klocki shimano. Tylko że to nie hamuje! Może to kwestia dotarcia lub rozgrzania, wyleciały! Poprzednie żywiczne z radiatorem były wystarczające, wbiły się z powrotem i znów super, nawet z nowymi tarczami. Tylko trzeba będzie kupić zapas.
  2. Wożenie OSHEE i mineralnej to przesada z ciężarem. Idzie do mnie isostar izotonik w tabletkach musujących, a mineralną trzeba będzie więcej kupować po drodze. Tym razem też zabrakło mi węgli, takich ponad zwykłe posiłki. Trzeba będzie pamiętać o słodyczach, idą żele na wypadek odcięcia.
  3. Muszę poszukać jakieś płachty pod matę, trochę strach kłaść w lesie na darni, choć dała radę. Muszę poszukać yantek, może to dobry patent.
  4. Witamina B1 i mugga odgoniły ode mnie komary i meszki, ale był problem z gzami. Muszę znaleźć coś na nie, bo miejscami w gorący dzień były dokuczliwe i nie pozwalały złapać oddechu. Też do zastanowienia jest moskietiera na głowę, jako ostateczne rozwiązanie na noc.
  5. Zastanawiam się też nad profesjonalnym palnikiem na spirytus, bo lekkość i łatwość użycia mojego prowizorycznego rozwiązania mnie uwiodła. Czułość na wiatr jest do zaakceptowania, zawsze da się gdzieś zasłonić.
  6. Podczas powrotu miałem wreszcie spodenki rowerowe z wkładką, które zrobiły robotę. Redukcja gniecenia tyłka o 75% na dotychczasowym siodełku. Ciekawe czy są lepsze siodełka, wszystkie moje są gorsze, sprawdziłem teraz z nowymi spodenkami.
  7. Pękła mi szprycha w tylnym kole, jedyna inna z całego kompletu. Zapomniałem, że miałem zapasową w kierownicy. Może to i dobrze, bo te z kierownicy miały zły rozmiar. Kupione nowe, wymienione, właściwe włożone do kierownicy z nyplami.
  8. Liofilizaty są optymalnym żarciem w drodze takim normalnym, ale trzeba uzupełniać węglami wysokoenergetycznymi. W instrukcji brakuje mi punktu, żeby dno opakowania zrobić płaskim i bardziej okrągłym, wtedy łatwiej prawidłowo rozmieszać do namoknięcia.

To tyle. Zrobione dwa dystanse i krótkie podjazdy w górach podniosły moje aktualne możliwości, teraz trzeba to conajmniej utrzymać.

Rowerem na południe

I znów była droga rowerem. I jeszcze raz przygoda zaczęła się zaraz po wyjściu z domu. Ponownie ulice, które znam na codzień, miały inny wygląd i zapach, gdy były początkiem wyprawy. Tym razem pojechałem w kierunku rodziny, która była na południu Polski. 400km to dla mnie jeszcze za ambitny dystans, tym bardziej, że końcówka byłaby po kilku setkach jazdy i do tego z największymi podjazdami. Plan zakładał dojechanie do Bobowej w trzy dni, a skończyło się po dwóch dniach na Mielcu z 230km na liczniku. Drugi dzień kończył się burzami i ostrzeżeniami z RCB, że może być jeszcze gorzej. Ze względu na to i bolący już tyłek wezwałem ekipę ewakuacyjną i czas było zabrać się do domu.

Pierwszego dnia zaczęło się o 4.40, lekko pochmurno, chłodno i trochę kropiło, ale jechało się bardzo dobrze. Pamiętałem o regularnym piciu i jedzeniu, a w trakcie dnia nie zrobiło się za gorąco. Fajnym przystankiem był staw w Pionkach, gdzie było gdzie usiąść i skorzystać ze stołu nad wodą.

Mieszkając w mieście w okolicach Wwy przestałem na codzień używać gotówki. Jadąc przekonałem się, że płacić w małych sklepach można było tylko gotówką. Kulminacja tego była w miejscowości Kazanów, gdzie w piekarni wybrałem drożdżówki i chciałem płacić zbliżeniowo. A pan, że się nie da, ale to nie problem, bo on mi te drożdżówki da za darmo. Rozbroił mnie. Powiedziałem, że zapłacę, tylko muszę poszukać drobnych w torbie na rowerze. Urocze, on był naprawdę gotów podarować wypieki zmęczonemu rowerzyście.

Główna jazda skończyła się przed Ostrowcem Świętokrzyskim, gdzie jeszcze zdążyła mnie złapać solidna burza. Zadaszone przystanki autobusowe mają wtedy moc 🙂 Skończyło się spaniem w lesie po krzakach, ale wcześniej wystawne liofilizowane żarcie i błogie nic nie robienie. Mniej więcej wtedy też zoorientowałem się, że nie wziąłem ręcznika i dmuchanej poduszki, jak szukałem co podłożyć sobie pod głowę. O ile to drugie było łatwo zastąpić, to brak ręcznika zablokował możliwość jakiegokolwiek mycia. Była sucha ciepła noc, spałem na materacu i pod śpiworem, nawet nie rozkładałem tarpa na rowerze. Na pięć godzin urwał mi się film, pospałem. Możliwość sprawdzania godziny nawet po ciemku i wyświetlanie powiadomień – nowy zakup Mi Band 4 sprawdzał się doskonale. Pełne słońce nie jest żadnym problemem, a fajne jest też to, że telefon może być całkiem wyciszony, a i tak nic mnie nie ominie. Jeszcze przed snem poprawiłem mieszanką słonych orzechów i suszoną wołowiną i można było spać. Zestaw z Lidla smakował bardzo.

Jak fantastycznie może rano smakować gorąca herbata z płynnym miodem jako słodzikiem. Jako palnik do grzania wszystkiego używałem dziurkowanej puszki po kociej karmie napełnianej spirytusem, rozpalanej krzesiwem – kiedyś pokazał to Bushcraftowy. Jak dla mnie rewelacyjny zestaw – mały, lekki, niezawodny, wydajny. Paliwo wszędzie dostępne, odpali zawsze, grzeje szybko i niezawodnie. Jedynymi wadami są czułość na wiatr i stabilność, ale po postawieniu na w miarę równym podłożu delikatnie osłoniętym jest OK.

Bardzo przydatnymi sprzętami znów okazała się przenośna toaleta w wersji super mini, czyli mała składana saperka i mokre chusteczki – must have.

Burza pierwszego dnia obnażyła słabość rozwiązania, gdzie ajFona używam jako licznika rowerowego, nawigacji i nosiciela Stravy. Działało to bardzo dobrze, dopóki pod koniec dnia nie rozładował się telefon i przeszła burza. Mimo tego, że telefon jest wodoodporny, a ja miałem dwa prawie pełne powerbanki, to odrobina wilgoci sprawiła, że telefon nie chciał się ładować. A to nie było wesołe, na szczęście przejściowe. Chodziło chyba o zawilgocenie gniazda, po przewianiu i osuszeniu przeszło.

Do picia znowu najlepiej sprawdzało się pomarańczowe Oshee dla biegaczy, 1:1 rozcieńczone wodą mineralną.

Drugi dzień rozpoczął się na deficycie kalorycznym i było poszukiwanie czegoś innego do żarcia, bo na to co ze sobą nie miałem ochoty. W Opatowie znalazłem stację Moya i hotdogi z zapiekanką i Colą zrobiły robotę.

Okolice Ostrowca i Opatowa miały trochę podjazdów i zjazdów do zrobienia. Na podjazdach bardziej niż zwykle zaczął skrzypieć prawy pedał. Mam nadzieję, że chodzi o taką ześlepkę na SPD, którą mam wpiętą w pedał, aby z jednej strony można było korzystać ze zwykłych butów. Teraz je zdjąłem, zobaczymy. Przy zjazdach sprawdziły się nowe hamulce tarczowe klasy Deore plus klocki z radiatorami, których upgrade zrobiłem w zeszłym. Nigdy się nie pogorszyły, nie mówiąc o zagotowaniu jak na starych. Do kompletu jeszcze czeka mnie wymiana tarcz na te z lepszym odprowadzaniem ciepła, ale to nie jest już tak pilne. Z rzeczy na rowerze świetnie działał napęd 1×10, skomponowany na Deore, gdzie z przodu jest owalna customowa tarcza 32z, a z tyłu 11-32z. Przełożenie 1:1 dawało radę 😉

Tamten teren pozwolił sprawdzić jeszcze jedno rozwiązanie, jakie wylądowało w moim rowerze w na początku tego roku – nowy amortyzator ze sprężyną powietrzną Rockshoxa. To działa rewelacyjnie – drogi z kamieniami większymi czy mniejszymi stają się prawie równe. A jak potrzebujesz sztywności na szosie robisz pyk na kierownicy i masz sztywny widele i jedzie się wydajnie. Nawet nie przypuszczałem, że to będzie tak fajnie działać.

Drugiego dnia, jak pisałem, ruszyłem w kierunku Mielca. Po drodze był Klimontów ze swoim zalewem w Szymanowicach. Dziwnie to wyglądało, gdy cały fajny zbiornik podporządkowaniy jest tylko wędkarzom, bez ani jednego kąpieliska.

No i zaczęło się robić gorąco i duszno, prognoza pogody nie była optymistyczna, miało być bardzo burzowo. A właściwie cały czas pogarszała się. Wezwałem ekipę ewakuacyjną do Mielca i zrezygnowałem z trzeciego dnia jazdy. Wracając już samochodem wjechaliśmy w taką burzę z wichurą i gradem, a lało i wiao potem kilka godzin. To była dobra decyzja, choć plan wykonałem tylko w 2/3. W dwa dni zrobiłem 230 km, a najgorszą pozostałością był bolący tyłek. I trzeba wreszcie coś z tym zrobić, bo pary w nogach jeszcze by było, a wysiedzieć na siodełku nie da rady.

To był bardzo fajny wyjazd.

Wczorajsza impreza

Taaa, dziś wszyscy dochodzą do siebie. Odbywały się dni Góry Kalwarii i to był dobry pretekst, żeby spotkać się na pikniku miejskim i porządzić ze znajomymi. Z ciekawszych dialogów zasłyszanych wczoraj w tłumie – pani w średnim wieku z dziećmi mówi do swojej koleżanki:

-Jeszcze dziesięć lat temu nie do pomyślenia byłoby, że o 21 tej cała Góra zmieniła się w fajną i bezpieczną imprezownię dla całych rodzin pełną ludzi.

Mieszkam tu od 13 lat. Faktycznie, coś w tym jest.

Koniec mitu bezawaryjności

Mój stary samochód wczoraj zawiódł, po raz pierwszy nie dowiózł mnie do celu. Wcześniej z rzadka zdarzały mu się jakieś defekty, ale zawsze dojeżdżał. Teraz było czterysta kilometrów do domu, a on odmówił współpracy 130 kilometrów przed. Na eSce, pośrodku niczego. Tyle dobrego, że jechałem sam, bez dzieci, żony czy psa. Nie obyło się bez lawety, na którą czekałem dwie godziny. Byłoby godzinę krócej, ale pierwszemu laweciarzowi pomyliła się Kalwaria Zebrzydowska z Górą Kalwarią i odpuścił podjęte zlecenie, coś ściemniał.

Awaria raczej poważna, nie obgoni się drobnymi. Śmieszne jest to, że tydzień wcześniej podjąłem decyzję o zakupie nowszego samochodu. Jakby usłyszał, obraził się i strzelił focha.