Koniec mitu bezawaryjności

Mój stary samochód wczoraj zawiódł, po raz pierwszy nie dowiózł mnie do celu. Wcześniej z rzadka zdarzały mu się jakieś defekty, ale zawsze dojeżdżał. Teraz było czterysta kilometrów do domu, a on odmówił współpracy 130 kilometrów przed. Na eSce, pośrodku niczego. Tyle dobrego, że jechałem sam, bez dzieci, żony czy psa. Nie obyło się bez lawety, na którą czekałem dwie godziny. Byłoby godzinę krócej, ale pierwszemu laweciarzowi pomyliła się Kalwaria Zebrzydowska z Górą Kalwarią i odpuścił podjęte zlecenie, coś ściemniał.

Awaria raczej poważna, nie obgoni się drobnymi. Śmieszne jest to, że tydzień wcześniej podjąłem decyzję o zakupie nowszego samochodu. Jakby usłyszał, obraził się i strzelił focha.

Leave a Reply